Watchers

Donnerstag, 8. Oktober 2009

Wychowałam się w domu w którym zawsze były psy. Jako kilkulatka ganiałam za owczarkami podhalańskimi, bez strachu ciągając je za ogony i używając ich jako poduszki lub konia. Kotów też nigdy nie brakowało, rozmnażały się radośnie między sobą, nie zaprzątając sobie łbów kwestiami takimi jak kazirodztwo czy przeludnienie (przekocenie?). Latem siadywały na schodach, czekając na mleko i człowieka który pogłaszcze, zimą pchały się do domu, w pobliże pieca i gdy brało się je na kolana mruczały zawzięcie. Bywały mądrzejsze i głupsze, szare, łaciate, w paski...
Od pięciu lat mam własnego kota. Sześć kilo futra, marzenie spełnione dla mnie przez MM. I tylko czasem zastanawiam się, dlaczego, skoro moje wszystkie poprzednie koty były takie mruczące, dające się głaskać i rozpieszczać, akurat ten wymarzony egzemplarz musi być inny? Na kolana przychodzi tylko w poczekalni u weterynarza - ze strachu. Ogólnie uważa mnie za maszynę do napełniania miski i otwierania drzwi balkonowych. (Czy też znacie tę bardzo starą grę: kot ZAWSZE jest po niewłaściwej stronie?) Od rana do wieczora potrafi komunikować swoje poglądy na rozmaite sposoby, ale nie jakiekolwiek przywiązanie. Wiem, że musi nas lubić, bo stara się zawsze znajdować w tym samym pomieszczeniu, rano przychodzi do łóżka sprawdzić czy żyję, ale nie daj bóg żebym spróbowała wziąć go na ręce...
Mimo wszystko kocham to futro, te żółte oczy zaglądające w niedzielne poranki zza krawędzi łóżka, nawet gdy czasem ścierając rano odciski łap z białego kuchennego blatu mruczę pod nosem że go utopię, albo przynajmniej łapy poucinam.
A ten cały przydługi wstęp po to, by napisać, że mimo wszystko doceniam sam fakt, że jest. Jeszcze kilka lat temu rzucałabym się, chcąc ideału kota, związku, życia. Im starsza jestem, im bardziej los mnie doświadcza tym bardziej otwarcie podchodzę do swojego życia, coraz mniej oczekuję. Nauczyłam się doceniać proste rzeczy, słoneczny dzień, długi sen, fajną piosenkę w odpowiednim momencie w radiu... Od czterech lat spokojnieję...

Zabieg przeprowadzony dzisiaj, mający ułatwić mojemu ojcu oddychanie, powiódł się. Wywiązało się tylko niewielkie krwawienie, a kiedy odwiedziłam go dziś po południu poznał mnie, nawet próbował ze mną rozmawiać... Wiem że nie mamy już wiele czasu. Przygniata mnie poczucie winy, że mogłam, powinnam była, dlaczego nie zrobiłam... Na chemioterapię jest za słaby, usunąć guza już się nie da. Teraz chcę być już po prostu przy nim, pozamykać kilka spraw i zapamiętać jak najwięcej z jego ciągle żywego poczucia humoru.
I jestem wdzięczna, za to że to jeszcze nie dziś, podczas zabiegu. Że może jeszcze zdąże się przełamać i po prostu powiedzieć: "kocham cię tato"...

Kommentare:

  1. Ech... no zawsze mowilam, ze slowa piosenki wcale nie brzmia "czas nas uczy pogody" ale "czas nas uczy pokory". To jest bardzo pozyteczna lekcja. I wbrew pozorom wcale nie podcina skrzydel...

    Wystarczy byc. Trzymac za reke. Dawac cieplo, obecnosc, uwage. To wiecej niz slowa...

    Sciskam cieplo..:*

    AntwortenLöschen
  2. Czasami jest bardzo trudno powiedzieć najprostsze słowa.A potem się okuzuje, że one tak wiele znaczą...

    AntwortenLöschen
  3. Powiedz, że kochasz. Jeżeli naprawdę tak czujesz - powiedz.

    Przykro mi :-( To jedno z najgorszych przeżyć - patrzeć jak ktoś bliski odchodzi. Wiem, przerabiałam.

    Trzymaj się May :-)

    A w temacie kota - Moryc jest identyczny. Kot z fochem. I nie lubi wskakiwać na kolana. Promocja pt: "jestem bezdomnym kotkiem, biednym kotkiem, mogę zostać mruuuumruuuumruuuu ???" już dawno się skończyła :-)

    AntwortenLöschen
  4. a ja wiem,że powiesz....przyjdzie taki moment i nie będzie za późno.będzie dobrze.

    koty..koty są różne..miewają fochy i inne takie.robią rzeczy "niespodziewalne",ale to zupełnie...
    Lilonek właśnie upodobał sobie torbę Mauża,który to znika na pięć dni w tygodniu..i Ona tę torbę po swojemu kocha.a właściwie okazuje przywiązanie Mężu memu.
    a Huguś? ten cierpi na wiecznie niedogłaskanie..otwieram rano oczy? Huguś na piersi mej...
    robię zdjecia kwiatom?Huguś już jest!i mruczy..no głaszcz mnie na co czekasz???zostaw te kwiatki!

    ja od czterech lat normalnieję,że tak powiem.
    wreszcie uspokojona i prawdziwa.
    wcześniej różnie bywało,zbyt duże wpływy,wręcz presje.
    teraz jest pięknie tak ma zostać.

    AntwortenLöschen
  5. Jestem tego samego zdania co Daisy. Tez to przerabialam tyle ze na odleglosc przez ocean. A potem jedyna pociecha dla mnie byl fakt, ze tak naprawde to tylko ja sie z NIm pozegnalam, wtedy gdy zegnalam sie na wyjazd, czyli 3 miesiace wczesniej. Ale wlasnie wtedy powiedzialam mu jak bardzo go kocham, jaka jestem szczesliwa i dumna ze jest moim Ojcem i nawet przeprosilam za wszystkie wczesniejsze klopoty wychowawcze, a bylo ich troche. Ta swiadomosc, ze sie powiedzialo jest potem ogromna ulga. I niby slowa nie sa wazne, ale daja potem ogromne ukojenie.
    Zdobadz sie na odwage i powiedz, to nie musi byc wyklad jak w moim przypadku (okolicznosci byly inne, ja tylko wyjezdzalam nie zdajac sobie sprawy ze go juz nigdy nie zobacze) a proste "kocham cie".

    AntwortenLöschen
  6. dawno temu mialam kotke, ktora z plecaka mojego syna zrobila sobie kuwete........., dalej nie musze pisac jak nieswiadome dziecie poszlo z tym plecakiem do szkoly.

    Na temat Taty nie moge sie wypowiedziec, bo go nie mialam, tzn. mialam ale bardzo krotko.

    AntwortenLöschen